A w dzisiejszym odcinku:

Problem z wodą na Marsie

Naukowcy mają problem z płynną wodą na Marsie. Wiele dowodów zebranych między innymi przez łazik Curiosity wskazuje na to, że kiedyś na powierzchni Marsa znajdowała się ciekła woda. Wyżłobić miałaby wiele kanionów i basenów, w których kiedyś znajdować się miały jeziora, morza i oceany. Jednak badania Układu Słonecznego wskazują, że kilka miliardów lat temu Słońce „grzało” zbyt słabo, aby utrzymać płynną wodę na planecie oddalonej od niego w taki sposób jak Mars. Niektórzy wskazali na atmosferę czerwonej planety. Być może zawierała ona na tyle dużo dwutlenku węgla, że występowało naturalne globalne ocieplenie, które sprawiało, że woda mogła pozostać w płynnym stanie. Jednak wszelkie badania wskazują, że starożytna atmosfera Marsa nie zawierała aż tyle dwutlenku węgla. W takim razie jakie jest rozwiązanie tego problemu? Czy na Marsie istniała kiedykolwiek ciekła woda? A może ślady jej obecności zostały wytworzone w zupełnie inny sposób?

Ilości węglanów, które znajdował Curiosity byłyby niewystarczające, gdyby nawet w atmosferze znajdowało się ich nawet sto razy więcej. Na początku, kiedy skład chemiczny był badany głównie za pomocą orbiterów okrążających Marsa, naukowcy myśleli, że małe ilości węglanów w wynikach są spowodowane tym, że zostały przysłonięte przez marsjański regolit. Jednak łazik Curiosity potwierdził ich niską zawartość nawet pod powierzchnią.

Pojawiają się więc kolejne hipotezy. Jedna z nich np zakłada, że na powierzchni wodne zbiorniki były pokryte lodem, a dopiero głębiej pod nim znajdowała się płynna woda. Jednak badania geologii krateru Gale, w którym porusza się łazik, nie wskazują na to, żeby Mars był w tym miejscu pokryty lodem. Brakuje charakterystycznych struktur. Łazik Curiosity będzie nadal próbował odkryć przed nami przeszłość Marsa. Pewne jest póki co tylko to, że woda tam była. Płynna i w dużych ilościach. Pytanie na najbliższe lata brzmi – jakim cudem?

uczta czarnej dziury

Prawię dekadę trwało pożeranie gwiazdy, która miała nieszczęście zbliżyć się zanadto do super-masywnej czarnej dziury. Na początku kosmicznej kolacji, czarna dziura rozerwała gwiazdę a następnie jej szczątki utworzyły dysk akrecyjny wokół czarnej dziury i systematycznie opadały pod horyzont zdarzeń. Naukowcy obserwowali wiele takich zdarzeń od początku lat 90-tych, jednak to trwało zdecydowanie najdłużej. Do obrazowania posłużyły 3 teleskopy rentgenowskie.

Dlaczego?

Podczas opadania na czarną dziurę, materia jest przyspieszana przez grawitację tych obiektów i rozgrzewana do milionów stopni Celsjusza. Jednocześnie w całym tym procesie, emituje rozbłyski rentgenowskie, których właśnie szukają astronomowie. Zazwyczaj tego typu rozbłyski trwają mniej więcej rok i tyle czasu czarna dziura potrzebuje, aby pożreć gwiazdę w całości. Tutaj trwało to dekadę najprawdopodobniej dlatego, że pożerana gwiazda była również bardzo masywna.

Całość dramatu rozegrała się w galaktyce oddalonej od nas o niecałe dwa miliardy lat świetlnych. Czyli dawno temu, w odległej galaktyce. Teraz przyszedł czas na deser, czyli końcową fazę pochłonięcia gwiazdy. Materii jest już na tyle mało, że cały proces będzie wygaszał się w ciągu kilku kolejnych lat. A czarna dziura, niczym kosmiczny pająk, zaczai się na kolejną ofiarę, która nieopatrznie wpadnie w jej sieć.

Kosmiczna wiertarka

Polacy nie kosmiczne gęsi i swój wkład w odkrywanie kosmosu mają, parafrazując Mikołaja Reja. Nasze części znajdowały się w wielu kosmicznych misjach, takich jak Cassini-Huygens, czy Rosetta. Znajdują się cały czas również w łaziku Curiosity. Tym razem studenci z Wrocławia zaprezentowali coś, co w przyszłości może pomóc w kosmicznym górnictwie.

To coś to… wiertarka!

Co w tym innowacyjnego zapytasz? Przecież wiertarek jest mnóstwo, wystarczy wejść do najbliższego sklepu z elektronarzędziami. Jednak ta wiertarka jest urządzeniem bardzo specyficznym.
Należy pamiętać, że na asteroidach grawitacja będzie bardzo słaba, jeśli nie znikoma. Dlatego należy opracować specjalistyczne wersje używanych na co dzień w górnictwie urządzeń. wiertarka polskich studentów będzie zdolna do pracy w warunkach mikrograwitacji.

Jak sami piszą na stronie swojej zbiórki na projekt – „Gdy w mieszkaniu będziemy wiercić w suficie, pył poleci nam na głowę. Jak w ścianie – na panele. Innymi słowy – na dół, bo tak działa na Ziemi grawitacja. W kosmosie już tak łatwo nie jest. Jak wtedy będą zachowywały się cząsteczki? W którą stronę polecą? Pod jakim kątem? Z jaką prędkością? My niedługo powinniśmy to wiedzieć!
Wbrew pozorom takie dane są kluczowe. W przestrzeni wokół asteroidy taki pył z odwiertu może narobić zwyczajnie szkód, o wiele większych niż tylko upaprana podłoga w mieszkaniu.
Aby to zbadać powstał projekt DREAM, czyli skrót od Drilling Experiment for Asteroid Mining.”

Po 18 miesiącach pracy, młodzi konstruktorzy otrzymali szansę sprawdzenia swojego wynalazku w warunkach bojowych. W ramach programu REXUS/BEXUS prowadzonego między innymi przez Europejską Agencję Kosmiczną, w marcu wiertarka zostanie wystrzelona ponad atmosferę na pokładzie rakiety suborbitalnej REXUS 21, gdzie przez 120 sekund będzie mogła wykazać się w warunkach mikrograwitacji i kosmicznej próżni. Niby niewiele, ale dla przetestowania prototypu wystarczająco dużo czasu. Siódemka konstruktorów odpaliła również zbiórkę na platformie OdpalProjekt, zbierają na umożliwienie całemu zespołowi podróży do kosmodromu aby dopilnować sukcesu eksperymentu.

Jak sami piszą: „Renifery, łosie, metry śniegu, zorza polarna, piękne widoki – brzmi wspaniale, prawda? Ale my nie lecimy tam odpoczywać. Jedziemy tam po to, aby hektolitry potu i łez, wylane podczas projektowania, budowania i testowania naszego eksperymentu nie poszło na marne. Z uwagi na poziom skomplikowania naszego eksperymentu i ogromną ilość elementów użytych w projekcie musimy jechać całym zespołem. Inaczej po prostu nie poradzimy sobie z masą zadań i testów, które czekają nas przed startem rakiety.”
Link do zbiórki. Pomożemy?

Pulsar biały karzeł

Astronomowie odkryli niecodzienny pulsar, w którym głównym elementem nie jest gwiazda neutronowa, jak do tej pory miało to miejsce w 100% przypadków, ale biały karzeł, czyli pozostałość po śmierci gwiazdy o masie zbliżonej do masy Słońca. Takie kuriozum odkryliśmy w układzie podwójnym, w którym drugim składnikiem jest niewielka gwiazda – czerwony karzeł. Obie gwiazdy obiegają się w odległości mniej więcej miliona czterystu tysięcy kilometrów, a więc w bardzo niewielkiej odległości.

Obieg wokół czerwonego karła, zajmuje naszemu pulsarowi jedynie niecałe 4 godziny. Cały układ leży około 380 lat świetlnych od Ziemi, sam biały karzeł ma rozmiary mniej więcej naszej planety, jednak jest od niej masywniejszy aż 200 000 razy oraz posiada 100 000 000 razy silniejsze pole magnetyczne. Obydwie gwiazdy działają razem jak wielkie kosmiczne dynamo, generując olbrzymie ilości prądu elektrycznego. Pulsar działa tu jak magnes, który dodatkowo obraca się wokół własnej osi raz na dwie minuty omiatając silnym strumieniem cząstek i promieniowania atmosferę czerwonego karła, przyspieszając zawarte w niej elektrony do prędkości bliskich prędkości światła.

Naturalna elektrownia, jakiej potrzebujemy. To kto leci pierwszy poprowadzić kabel?

Breaktrough Starshot, nowe informacje

Jakiś czas temu informowałem Was o projekcie Breaktrough Starshot, który zakładać ma wysłanie nano-sond z żaglami słonecznymi do najbliższego nam systemu gwiezdnego Alfa Centauri.
Napęd miałyby stanowić naziemne lasery o dużej mocy, które wycelowane w sondy napędzałyby je podobnie do wiatru słonecznego, ale umożliwiłyby im osiągniecie prędkości, dzięki którym podróż do oddalonego o mniej więcej 4 lata świetlne systemu, zająłby maksymalnie dwie dekady.

Dwójka naukowców Rene Heller i Michael Hippke twierdzą, że wymyślili sposób na wprowadzenie roju sond na orbitę Alfa Centauri A, wykorzystując te same żagle, które najpierw posłużyły do rozpędzenia sond. Wiatr słoneczny z tej gwiazdy mógłby wyhamować sondy jeśliby zbliżyły się do gwiazdy na odległość 4 milionów kilometrów i podróżowały z prędkością 4,6% prędkości światła. To dużo mniej niż zakładane 20%, które w obliczeniach byłoby możliwe do uzyskania, dlatego też całkowity czas trwania misji wydłużyłby się wielokrotnie. Podróż razem z badaniem systemu i ostatecznie dotarciem do Proximy Centauri i zbadaniem również skalistej planety, która się tam znajduje, potrwałaby aż 140 lat. Wielokrotnie dłuższy czas trwania misji, ale z drugiej strony wartość naukowa danych niewyobrażalnie większa, niż podczas zwykłego, szybkiego przelotu przez system.

Teoretycznie możliwe jest przeprowadzenie tak długotrwałej misji, należy sobie jednak zadać takie przewrotne pytanie. czy przez te ponad 140 lat, nie opracujemy systemu podróży o wiele bardziej doskonałego, tak że zwyczajnie prześcigniemy rój sond?

Być może nie, być może tak. Warto spróbować, zwłaszcza, że projekt zakłada głównie finansowanie prywatne.

Na koniec video od Europejskiego Obserwatorium Południowego – https://www.youtube.com/watch?v=VKu1939d2vc
Pokazuje różnice w wielkościach między planetami, a wybranymi, poznanymi przez nas gwiazdami. Giganty robią wrażenie, a link do całego filmu oczywiście w opisie.

2 komentarze

  1. Łukasz

    Jednak cały czas się zastanawiam, co się dzieje z materią trafiającą do/na powierzchnię czarnej dziury?

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany