Zobacz odcinek:

 

Nibiru znana też jako planeta X, istniejąca, póki co jedynie w hipotezach. Kolejna planeta w Układzie Słonecznym, która miałaby znajdować się daleko, daleko za Neptunem. Czy gdzieś tam, w odległych, ciemnych zakątkach Układu Słonecznego istnieje planeta krążąca po orbicie tak wydłużonej, że jeden obieg wokół Słońca mógłby zająć dziesiątki tysięcy lat? Jest to raczej wątpliwe, jednak całkiem niedawno, podczas przeglądania archiwalnych danych sprzed prawie czterdziestu lat, pewien brytyjski astronom natrafił na ciekawe znalezisko.

Artystyczna koncepcja hipotetycznej planety krążącej daleko od Słońca.
Źródło: Caltech/R. Hurt (IPAC)

Skąd w ogóle wziął się taki pomysł, że gdzieś tam znajduje się Planeta X, której dotąd nie udało nam się zaobserwować?

Z początku jej istnienie postulowano na podstawie błędnie wyliczonej perturbacji orbity Neptuna. Co ciekawe, te wyliczenia naprawdę doprowadziły do odkrycia dziewiątej planety, ale nie tej, której szukano. Odkryto bowiem Plutona, on jednak nie był za to odpowiedzialny, gdyż nie jest wystarczająco masywny. Poza tym, od piętnastu lat Pluton nie jest już uznawany za planetę, a jedynie planetę karłowatą. Sprawa dziewiątej planety pozostaje więc otwarta.

Cała historia zaczęła się jednak dużo wcześniej. W 1781 roku, William Herschel odkrył nową planetę, był to Uran. Czterdzieści lat później inny naukowiec, Alexis Bouvard, opracował tablice astronomiczne, zawierające obliczenia położenia Urana. Okazało się, że obserwacje nie zgadzały się z kalkulacjami. Wniosek był więc taki, że ruch planety zaburzany jest przez oddziaływanie grawitacyjne innego dużego obiektu. Miejsce na niebie, w którym powinien znajdować się obiekt zaburzający ruch Urana, wyznaczyli w tym samym okresie, niezależnie dwaj naukowcy Urbain Le Verrier oraz John Couch Adams. W 1846 roku Johan Gottfried Galle skierował teleskop w miejsce, wyznaczone w dokonanych przez wspomnianych panów obliczeniach i zaraz obok niego znalazł poszukiwany obiekt – Neptuna. Niedługo potem, zauważono, że i jego orbita jest zaburzona. Astronomowie stwierdzili więc, że dalej musi znajdować się przynajmniej jeszcze jedna planeta.

Osobą, która rozpoczęła systematyczne poszukiwania obiektu zaburzającego ruch dwóch ostatnich planet Układu Słonecznego był amerykański astronom amator Percival Lowell i to właśnie on jako pierwszy zaproponował nazwę Planeta X. Niestety, w tamtych czasach, ze względu na niewystarczająca liczbę obserwacji Neptuna, nie można użyć go jako wskazówki do odnalezienia kolejnej planety, tak jak to miało miejsce w przypadku Odkrycia Neptuna przy pomocy Urana.

Na kolejne przełomowe odkrycie przyszło poczekać dobre kilkadziesiąt lat.

W 1930 roku obserwacje Clyde’a Tombaugh doprowadziły do odkrycia kolejnej planety – Plutona. Okazało się jednak, że nie jest to poszukiwana od dawna Planeta X. A to dlatego, że Pluton jest zbyt mały, aby wywoływać jakiekolwiek zauważalne zaburzenia w ruchu dwóch znacznie większych i masywniejszych planet.

Kolejne dekady mijały, a rozwiązania problemu nie znaleziono, aż do czasu sondy Voyager 2. Dzięki zebranym przez nią danym, udało się w końcu rozwiązać zagadkę zaburzonych orbit. Okazało się, że wszystko spowodowane było… błędem w obliczeniach. Masa Neptuna została we wcześniejszych szacunkach zawyżona o około pół procenta. Po uwzględnieniu tej różnicy, okazało się, że zaburzenia zniknęły. Dzięki temu dowiedzieliśmy się też, że żadna tajemnicza planeta nie powoduje zaburzeń. Według obecnego stanu wiedzy, pewne jest, że jeśli istniałaby jeszcze jedna planeta, to musiałaby znajdować się bardzo daleko od Słońca, poza Pasem Kuipera. Istnieje tam grupa planetoid, których ruch mógłby potencjalnie wskazywać na obecność jakiegoś masywniejszego obiektu. Orbity tych planetoid są wydłużone, mają podobny kierunek i wygląda to tak, jakby były przyciągane przez jakiś obiekt poprzez oddziaływanie grawitacyjne.

Astronomowie nie mają oczywiście pewności, są to jedynie hipotezy, ale w danych zebranych w roku 1983 przez satelitę IRAS, znaleziono coś, co rzuca na całą sprawę nowe światło. Pan Michael Rowan-Robinson astronom z Imperial College London opublikował swoją pracę w bazie pre-printów arXiv. Autor nie twierdzi, że znalazł dziewiątą planetę, skupia się raczej na modelowaniu miejsca, w którym potencjalnie mogłaby się znajdować. Dzięki temu, możliwe będzie lepsze ukierunkowanie przyszłych poszukiwań w celu ostatecznego potwierdzenia lub obalenia hipotezy.

Sześć najbardziej odległych znanych obiektów w Układzie Słonecznym z orbitami wyłącznie poza Neptunem (magenta) tajemniczo ustawia się w jednym kierunku. Ponadto, gdy są oglądane w trzech wymiarach, odchylają się prawie identycznie od płaszczyzny Układu Słonecznego. Badacze Batygin i Brown pokazują, że do utrzymania tej konfiguracji wymagana jest planeta o masie 10 razy większej od masy Ziemi na odległej ekscentrycznej orbicie przeciwnej do pozostałych sześciu obiektów (pomarańczowa).
Żródło: Caltech/R. Hurt (IPAC)

Załóżmy, że faktycznie dziewiąta planeta istnieje. Jak to możliwe, że dotąd nikt jej nie zauważył?

Odnalezienie takiego obiektu jest dużo trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Obiekt może mieć masę większą niż masa Ziemi nawet kilkukrotnie, przyjmuje się, że krążyłby w odległościach od czterystu do ośmiuset jednostek astronomicznych od Słońca. Dla porównania odległość do Neptuna to zaledwie trzydzieści AU, a do byłej dziewiątej planety, czyli Plutona – trzydzieści dziewięć AU. Planeta znajdująca się w tak ogromnej odległości od Słońca byłaby zimna, ukryta w ciemności i, prawdopodobnie, w ogóle nie odbijałaby jego światła. Stąd też biorą się te wszystkie trudności obserwacyjne.

Satelita IRAS przez dziesięć miesięcy swojej aktywności wykonała przegląd aż 96% całego nieba w zakresie dalekiej podczerwieni. Z ćwierć miliona wykrytych obiektów, Michael Rowan-Robinson wyselekcjonował trzy, które mogą być potencjalną dziewiątą planetą. W danych zebranych przez teleskop Pan-STARRS, czyli następcę IRAS, niestety nie udało się znaleźć żadnego obiektu, który spełniałby wymagania. Możliwe jest więc, że trzy obserwacje dokonane w latach 80. były tylko zakłóceniami. Jak twierdzi autor badania, jeśli założymy, że IRAS faktycznie wpadł na trop planety X, to możemy w ten sposób oszacować kilka istotnych parametrów, które ułatwią przyszłe poszukiwania. Z danych wynika, że obiekt znajduje się bliżej niż przypuszczano, bo w odległości około 225 jednostek astronomicznych i może pochwalić się masą od 3 do 5 razy większą niż masa naszej planety.

Dostajemy też pewne wskazówki, co do orbity hipotetycznego obiektu. Mamy więc kilka informacji, które mogą pozwolić rozpocząć poszukiwania w pewnym zawężonym obszarze. Teraz potrzebne byłyby kolejne badania w celu zweryfikowania, czy faktycznie coś udałoby się tam znaleźć, ale to jest już zależne od tego, czy znajdą się chętni i przede wszystkim fundusze na poważne badania, czy też planeta X zostanie dalej w sferze astronomicznych bajek.